Okładki:

Główna

  Naukowa

    Literacka

      Publicystyczna

        Galeria i podróże

Andrzej Zimniak

WYWIADY

 

Jak NIE zginie ludzkość

Rozmowa o futurologii i powieści "Biały rój" z Marcinem Baniakiem w Radiu Kraków (8 maja 2008). Plik mp3.

 

Retorta i pióro

Pytania zadała Karolina Gwarek. Wywiad ukazał się w portalu Gildia w grudniu 2007 r.

 

Fantastyczny Kwestionariusz

Jesienią 2005 r. pytania nadesłał Greg K1ler (Grzegorz Musiał).

Wywiad opublikowany na łamach portalu gildia.pl w listopadzie 2005.

 

Światy wirtualne

Wywiad przeprowadziła Zuzanna Pająk w maju 2004.

 

Nauka i fantastyka

Wywiad przeprowadziła Paula Kamieńska.

Opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, kwiecień 2004.

 

Cztery pytania

Pytania układały Iwona Oleksiuk i Paula Kamieńska.

Wywiad opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, lipiec 2003.

 

Manipulacje genetyczne

Latem 2001 r. wywiad przeprowadziła Barbara Kruszy.

Opublikowany w materiałach Polconu 2001.

 

Dinozaur na szlaku

Wiosną 2000 r. wywiad przeprowadził Mirosław P. Jabłoński.

Opublikowany w: Fenix 6/00, 4-8.

 

Nie zamienię pióra na kastet

Jesienią 1996 r. wywiad przeprowadził Tomasz Kołodziejczak.

Opublikowany w: Nowa Fantastyka 5/97.

 


 

Wywiad przeprowadziła

Karolina Gwarek

Wywiad był gotowy 3 grudnia 2007.

Opublikowany na łamach portalu www.gildia.pl 13 grudnia 2007 r.

 

Interesująca jest historia tego wywiadu. Najpierw pani Karolina, redaktorka czasopisma  "Medycyna, Dydaktyka, Wychowanie" (oficjalny organ prasowy Akademii Medycznej w Warszawie) skontaktowała się ze mną i poprosiła o wywiad. Zgodziłem się i opracowałem odpowiedzi na otrzymane pytania, lecz po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak lepiej będzie opublikować go gdzie indziej. W końcu Akademia Medyczna z fantastyką ma tylko tyle wspólnego, że pojawiają się tam fantastyczne studentki (kto nie wierzy, niech przyjdzie z wizytą), a z literaturą, że pracownicy publikują w tzw. czasopiśmiennictwie naukowym.

 

Jak żyje się w dwóch światach równoległych (to ja), nie można ich mylić. W rezultacie wywiad trafił do internetowej Gildii, a potem na moją stronę.

 RETORTA I PIÓRO

WIZJE NAUKOWE I LITERACKIE

Karolina Gwarek: Jest Pan naukowcem i pisarzem literatury SF – jaka jest Pana wizja przyszłości świata i ludzkości?

Andrzej Zimniak: Nie chadzam pod rękę z Kasandrą i nie lubię wieszczących mizantropów, czyli uważam, że przetrwamy jako cywilizacja technologiczna. Co oczywiście nie oznacza, że nie będzie wojen, epidemii, zmian klimatycznych i katastrof. Ale ludzie to wszystko wytrzymają, bo są bardzo odpornym gatunkiem.

KG: Czy Pana zdaniem przyszłość skuteczniej przewidują naukowcy, czy pisarze SF?

AZ: Przyszłości w ogóle nie da się przewidzieć, zwłaszcza w szczegółach, co najwyżej można wybierać między ogólnymi trendami, a nawet taka antycypacja często okazuje się nietrafna. Bierze się to stąd, że nauka przez cały czas produkuje nowe jakości, których wczorajsi prognostycy znać nie mogli. A więc siłą rzeczy przewidywania są liniowe, ekstrapolujące w przyszłość stan dzisiejszy, jedyny, jaki znamy. Kto w początkach 18. wieku przewidział energię jądrową? Z tego też okresu pochodzi pewna prognoza sporządzona w Londynie - przewidywano, że wkrótce życie w mieście stanie się niemożliwe, bo przy tak szybkim wzroście liczby powozów poziom końskich odchodów sięgnie dachów... Wracając do Pani pytania - wydaje mi się, że palmę pierwszeństwa jednak trzeba przyznać naukowcom, bo to właśnie oni tworzą nową rzeczywistość. Literaci natomiast rozbierają znaną rzeczywistość na fragmenty i powtórnie składają w nowy artystyczny witraż świata równoległego, a jeśli próbują prognozować, ich przewidywania niewiele mają wspólnego z tym co nas naprawdę czeka. Jednak zasługują na laury, jeśli uda im się pokazać w swoim dziele błysk geniuszu. Witraże bywają piękne!

KG: Co sądzi Pan (jako naukowiec – chemik) o roli chemii w dzisiejszym świecie, a także w przyszłości, za 100–200 lat?

AZ: Chemia jest jednym z filarów cywilizacji technologicznej, a bez technologii nie potrafimy już żyć. Chemia jest wszędzie: to leki, kosmetyki, środki higieny, tworzywa sztuczne, dodatki do żywności. Obecne trendy w badaniach chemicznych to aplikacyjność i biospecjalizacja. Prace obejmują niemal wyłącznie tematy dobrze rokujące w zakresie praktycznych zastosowań, zaś najlepiej wzorować się na procesach zachodzących w żywych organizmach. Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ enzymy sterują reakcjami w stosunkowo niskiej temperaturze, w wodnym środowisku i z dobrą wydajnością, nadto selektywnie i czysto. Przemysł chemiczny też ma być taki – wytwarzający mało odpadów i utylizujący je w obiegach zamkniętych. To oczywiście ideał, ale ku niemu dążymy i mamy niezłe wyniki.

KG: Jaka jest sytuacja chemii w Polsce? Czy mamy obecnie wybitnych chemików i ważne odkrycia w tej dziedzinie?

AZ: Oczywiście mamy, ale nie wymienię nikogo, bo inni poczują się urażeni. Sytuacja jest taka, jak w całej nauce – zależna od stale malejącego finansowania. Najlepiej mają się matematycy, bo im potrzeba tylko biblioteki, kartki, ołówka i dostępu do sieci, czasem do centrum obliczeniowego. Chemicy mają zdecydowanie gorzej, bo muszą mieć wyposażone laboratorium i nowoczesną aparaturą analityczną, a to kosztuje spore pieniądze.

KG: Co sądzi Pan o totalnej chemizacji naszego życia (chodzi np. o sztuczne związki, dodawane do żywności)? Czy nie uważa Pan, że wiele chorób powstaje z tego powodu?

AZ: Nie należy demonizować. W odpowiedzi na tego rodzaju pytania zwykle odwołuję się do stale wzrastającej długości życia, a także coraz wyższego jego poziomu – wszak krócej pracujemy w ciągu dnia, nie wykonujemy ciężkich prac fizycznych, zagrożeń jest mniej, nawet nie trujemy się jak niegdyś. Dawniej np. powszechne były zakażenia pokarmowe, dziś mamy w wodzie chlor. Coś za coś, ale całościowy bilans – jak wynika choćby z przeciętnej długości życia – jest dodatni. Oczywiście lepiej stosować mniej konserwantów, ale z drugiej strony nie można dopuścić do sytuacji, by ich miejsce znów zajęły pleśnie i zarazki. Za chemizację środowiska płacimy m. in. wzmożoną zachorowalnością na alergie, lecz należy także podkreślić, że równolegle rośnie wykrywalność schorzeń. Znajomy lekarz twierdzi, że niedługo nie będzie już zdrowych ludzi... Natomiast ogólna zwiększona zachorowalność wynika wprost z przedłużania życia. W podeszłym wieku podatność na choroby znacząco wzrasta lub dopiero pojawia się. Bezskutecznie gonimy idyllę, opiewaną w piosence: Wiecznie żyć i młodym być...

KG: W czym upatruje Pan ratunek przed nowotworami: w chemii czy w genetyce? Czy Pana opinia odnosi się również do innych chorób, trapiących ludzkość?

AZ: Na razie prym wiedzie chemia, choć w przypadku nowotworów wciąż najodpowiedniejsza wydaje się "maść żelazna". W zwalczaniu chorób o etiologii bakteryjnej liderem pozostają antybiotyki – mocno krytykowane, ale wciąż niezastąpione. Przedwczesny odwrót od antybiotyków spowodował niedostateczną podaż nowych specyfików, na które bakterie nie wykazywałyby oporności. Takie jest moje zdanie – część środowiska związanego z farmacją go nie podziela. Sądzę jednak, że w przyszłości podstawową metodą staną się terapie genetyczne – na tym poziomie będzie można trwale modyfikować podatność na poszczególne schorzenia, co wcale nie oznacza, że choroby zostaną całkowicie wyeliminowane, zmieni się tylko prawdopodobieństwo zachorowania. Celowo piszę "zmieni", bo w jednym miejscu ujmiemy, a w innym dodamy. Majstrowanie przy genotypie może mieć daleko idące konsekwencje, bo nieraz jeden gen kontroluje kilka funkcji, albo jedna funkcja kontrolowana jest przez kilka genów, a więc efektów ewentualnych zmian nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć.

KG: Czy przy pomocy chemii można wyjaśnić świat i człowieka?

AZ: Tak mi się wydawało, jak kiedyś wybierałem kierunek studiów, lecz teraz mam wrażenie, że jestem dalej od celu niż wówczas. W nauce uzyskanie jednej odpowiedzi generuje dziesięć nowych pytań i z tym trzeba się pogodzić. Tym niemniej cząstkowe procesy wokół siebie rozumiemy lepiej niż niegdyś w tym znaczeniu, że potrafimy je zgodnie z zasadą indukcji przewidywać i – częściowo – wykorzystywać lub naśladować po zmodyfikowaniu. To dużo, to tak dużo, że byliśmy w stanie zbudować cywilizację technologiczną.

KG: Co sprawiło, że chemik zajął się literaturą?

AZ: Na moim poziomie w nauce zajmuję się analizą, czyli opisywaniem cząstkowych obserwacji, natomiast w literaturze mogę spróbować syntezy, uogólnienia. To duża przyjemność, jeśli uda się tak skonstruować utwór, aby pobudzić czytelnika do refleksji, zastanowienia, przemyśleń. Bardziej bezpośrednim powodem zajmowania się pisarstwem jest odruch Pawłowa, czyli w tym przypadku potrzeba realizowania się przez pisanie, chęć zaczerniania kartek – nazywam to gadulstwem epistolarnym. Jeden lubi rysować, drugi rzeźbić, trzeci muzykować lub śpiewać, pisarz ma chęć pisać. Na obecnym etapie wiedzy trudno te fenomeny wyjaśnić inaczej niż pewną predyspozycją zakodowaną w genach i spełniającą się w taki właśnie sposób, a więc dziedziczną.

KG: Jest Pan w połowie naukowcem chemikiem, w połowie humanistą. Skąd czerpie Pan inspirację?

AZ: Powiem szczerze: nie wiem. Jeśli koncepcja holistycznego funkcjonowania mózgu ludzkiego jest słuszna, siedzi we mnie hybryda trudna do rozszufladkowania. Pytanie o inspirację jest popularne, ale przez to wcale nie łatwiejsze. Dawniej wyjaśniałem, że czerpię z doświadczeń życiowych, lektur, podróży, daru kojarzenia, teraz wolę prostsze wytłumaczenie: to kosmici rzucają lancami iluminacji. Wszyscy opowiadają kawały, ale nigdy nie poznałem człowieka, który je wymyśla. Jak Einstein wpadł na pomysł teorii względności? Na Archimedesa spadło jabłko, ale przedtem musiała ściąć je właśnie taka lanca...

KG: Jest Pan autorem wielu dzieł literackich i naukowych – jak przebiega proces twórczy w przypadku jednych i drugich (np. czy pracuje Pan nad wieloma różnymi zagadnieniami jednocześnie)?

AZ: To ważna sprawa. Nie jest tak, że u mnie chemia konkuruje z literaturą i odwrotnie. Ścisłe wykształcenie i wiedza z dziedziny chemii pomagają mi w pracy literackiej. Światy, które kreuję, są – przynajmniej w to wierzę – wewnętrznie spójne, a zdarzenia wynikają logicznie z przyjętych założeń. Wydaje mi się, że pisanie fantastyki naukowej (podkreślam: naukowej, nie fantasy, horroru czy historii alternatywnej) łatwiej przychodzi autorom z wykształceniem ścisłym. A czy literatura wpływa na uprawianie nauki? W pewnym stopniu, jeśli rozbudza wyobraźnię. Natomiast świat naukowy nigdy nie myli mi się z literackim, mózg włącza zupełnie inne tryby pracy dla tych obu obszarów aktywności.

KG: Czy w licznych podróżach poszukuje Pan inspiracji, czy też są one raczej ucieczką od polskich realiów?

AZ: Podróżowanie określiłbym jako eksplorację nowych terenów, a kolumbowską potrzebę odkrywania każdy człowiek ma zakodowaną, w mniejszym lub większym stopniu. U mnie stacja i biegnące w dal szyny lub port z mrugającą na kei latarnią kojarzą się z bramami do odległych światów, które koniecznie trzeba zwiedzić. Czasem wrażenia z kolejnej wyprawy stanowią bezpośrednią inspirację pisarską, jednak częściej przekładają się na trudniejsze do zdefiniowania "doładowanie akumulatorów", polegające na pobudzeniu wyobraźni i jednocześnie uzupełnieniu wiedzy. Wyjazdów nie traktuję eskapistycznie, raczej oczekuję po nich możliwości kontaktu z egzotyczną przyrodą.

KG: Czy przełom roku ma dla Pana jakieś szczególne znaczenie, czy jest tylko kolejną kartką zerwaną z kalendarza?

AZ: Jeśli nastawię się na rozumowanie logiczne, przełom lat to tylko cyfra, przypisana do dość dowolnie wybranego etapu w ciągłym procesie astronomicznym. Ale gdy włączę myślenie retrospektywne, urasta do rangi symbolu przemijania, wykorzystania szans życiowych, wywołuje lawinę wspomnień i korowód postaci. Wtedy nie jest łatwo, więc zastanawiam się, czy jednak nie uznać wyższości świąt Wielkiej Nocy.

KG: Czy uchyli Pan rąbka tajemnicy co do swoich planów zawodowych i literackich?

AZ: Cenię sobie i lubię dydaktykę w wyższej uczelni i pracę naukową. Tematyka moich prac ogólnie dotyczy analiz struktury związków biologicznie czynnych metodami spektralnymi. W szczególności ostatnio w ramach współpracy zespołowej prowadziliśmy badania budowy nowych neurotransmiterów serotoniny (jak wiadomo, z poziomu serotoniny w mózgu wynika poziom komfortu psychicznego), a także organicznych soli amoniowych o działaniu bakteriobójczym wobec szczepów gronkowca złocistego opornych na antybiotyki.

O literaturze nie zapominam – w roku 2007 wydałem w Wydawnictwie Literackim powieść "Biały rój", opisującą świat przed zderzeniem Ziemi z rojem lodowych komet. Obecnie pracuję nad nową powieścią, w której próbuję pokazać koncepcję życia wiecznego, a więc jednak nawiązuję do słów wspomnianej piosenki o stale trwającej młodości. W tej opowieści o alternatywnej biologii ludzie uwalniają się od widma ostatecznego końca, ale płacą za to wysoką cenę. Dodam, że koncepcja jest spójna i maksymalnie "uprawdopodobniona" od strony naukowej – takie utwory najbardziej lubię i czytać, i pisać. Ponadto, działając na styku nauki i literatury, mam zamiar pozostać czynnym publicystą w zakresie tematyki popularnonaukowej i futurologicznej.

Na koniec chciałbym podkreślić, że ten wywiad stanowi odbicie moich osobistych poglądów i nie ma nic wspólnego z afiliacją w Akademii Medycznej.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Grzegorza Musiała

Jesienią 2005 r. pytania nadesłał Greg K1ler (Grzegorz Musiał).

Opublikowane na łamach portalu gildia.pl w listopadzie 2005.

 ŻYCIE PISARZA W TRZYNASTU ODSŁONACH

1. Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Sposobem na uprawianie twórczości i na odbiór sztuki. To nie zabawa, to specyficzny sposób widzenia. Przypuszczam, że my, ludzie z wyobraźnią, deszyfrujemy przekaz, jakim jest docierający do nas obraz świata, w bardziej satysfakcjonujący sposób niż inni. Po prostu z fantastyką jest ciekawiej.

2. Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Bo odczuwam dreszczyk przyjemności, gdy świat zaczyna być wieloznaczny, tajemniczy, dający nadzieję na coś więcej. Socjobiolog by powiedział, że jestem nosicielem jakiegoś genu fantastyki, i zapewne miałby rację.

3. Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Nie. Nieskromnie powiem, że każdy temat potrafię ustawić w oryginalny sposób, więc jak coś mnie zafascynuje, napiszę to po swojemu. Ale nie pamiętam, żebym miał kiedykolwiek chęć na cudze pomysły, natomiast zdarzało się, że równolegle z innym pisarzem realizowałem swój własny pomysł. Pod ciśnieniem rzeczywistości nieraz jednocześnie rodzą się serie analogicznych pomysłów.

4. Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Nie, nie mam tego rodzaju kompleksów. Chociaż, być może, za rok czy dwa będę pisał lepiej. A już na pewno inaczej.

5. W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Nigdy nie straci. Jest (i zawsze był) pewien procent ludzkiej populacji, obdarzony fantastycznym genem. Oni potrzebują fantastyki jak ryby wody, a ptaki przestrzeni.

6. Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Nie ma takiego utworu. Niektóre wczesne opowiadania teraz napisałbym inaczej, lecz żadnego się nie wstydzę.

7. Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Najlepsze lata są ciągle przede mną. Dzieła mojego życia na półkach księgarskich nie uświadczysz, bo przy takiej nadprodukcji tytułów praktycznie nie ma wznowień. Zastanawiam się, czy nie wpuścić wszystkiego w sieć, niech ludzie czytają. W dzisiejszych czasach autorzy powinni odzwyczaić się od żądania honorariów za dobra kultury, bo to w złym tonie.

8. Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Hmm, jeśli mam literacki autorytet, to ja uczę innych. Mam nadzieję, że dla części moich czytelników stanowię jakiś autorytet, bo w przeciwnym przypadku stałbym się producentem samych fabuł. Brrr...

9. Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

He, he, papier niedługo stanie się lemowskim "papyrem" i zniknie, ale słowo drukowane (animowane, wyświetlane, czcionkowe) jeszcze przez jakiś czas będzie w użyciu. Internet? Wspaniała sprawa, superbiblioteka światowa, kopalnia wszechrzeczy, bazar-gigant, planetarny śmietnik, zglobalizowany inteligentny ale głupi mózg.

10. Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

Eeeech, co za pytanie. Jedni mnie lubią, inni mniej albo wcale, podobnie jest z moją twórczością - myślę, że znacznie więcej ludzi ocenia moją twórczość niż mnie. To są dwie różne domeny: osoba i jej twórczość. W fandomie lubią mnie też za to, że jestem outsiderem i nie pcham się w ich sprawy.

11. Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

...i wypalić gorącym żelazem, wyegzorcyzmować, utopić, posiekać i zakopać pod Babią Górą. Kochani, od tego są krytycy literaccy, ejże, KRYTYCY LITERACCY i uczeni ZNAWCY LITERATURY, a nie te króliczki, co po cichu żują trawkę i wymyślają fabułki. Jak króliczkowi coś nie odpowiada, odkłada na bok i kica dalej. Wszak szkoda życia, bo o skok dalej tyle pięknych królic!

12. Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

W żadnym. 99% autorów pisze (więc i doskonali warsztat) dla własnej przyjemności, ogólnej przyjemności, przyjemności czytelnika, wygrania lokalnego wyścigu szczurów, wygrania ogólnego wyścigu szczurów, środków do godziwego życia (w tej kolejności). Honoraria w początkach mojej kariery pisarskiej stanowiły znaczącą pozycję w budżecie, teraz wystarczają na piwo (bo piję jedno na miesiąc).

13. Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Jest kilka takich rzeczy. Jakby na przyszły Polcon zjechali fani z Nowej Zelandii i podsunęli mi moje książki do podpisu. Jakby Północ pokochała Południe i vice versa. Jakby pisarze mogli żyć z pisania. Jakby ludzie zaczęli czytać (i kupować) więcej fantastyki. Jakby z Cimerii przybył Conan i w pień wyciął kurwiarzy. Nic innego nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Zuzanny Pająk

Wywiad przeprowadzono

w maju 2004

ŚWIATY WIRTUALNE

 

Zuzanna Pająk: Jaka jest pańska definicja rzeczywistości wirtualnej?

 

Andrzej Zimniak: To świat wyimaginowany, wylęgły tylko w wyobraźni, choć będący odbiciem realnej rzeczywistości. Według takiej definicji dziś do VR należałoby zaliczyć wyobrażenia, marzenia senne, majaki i halucynacje, ale także seanse filmowe czy światy fikcji literackiej. Dodatkowy wymóg interaktywności, czyli wpływu woli uczestnika na przebieg wydarzeń, prowadzi do lemowskich stanów fantomatycznych, czyli życia w świecie sztucznie wygenerowanym wokół nas, a może bezpośrednio w naszych umysłach. Przy wysokim poziomie dostępu, a więc dużych możliwościach wpływania na kształt otocznia, oraz przy odpowiednio silnym natężeniu bodźców, taki świat mógłby stać się rajem, albo - piekłem.

Należy zaznaczyć, że w dzisiejszych czasach świat VR jest rozłączny wobec rzeczywistości, co oznacza, że łączność jest tylko pośrednia, poprzez wpływ na umysł podróżnika. Przy takim rozumieniu np. potoczne sformułowanie "wirtualny pieniądz" nie ma sensu, bo ów pieniądz ma realną siłę nabywczą i naprawdę istnieje, choć nie jako brzęczące monety, lecz w postaci magnetycznego zapisu. Podobnie jest z rejestrem długów czy wierzytelności, których wszak nikt nie uważa za wirtualne.

 

Z. P.: Jaka jest relacja tego poziomu rzeczywistości z rzeczywistością "obiektywną", niewirtualną ?

 

A. Z.: Już o tym wspomniałem - żadna, przynajmniej na razie. Senne marzenia w chwili ich trwania w żadnym stopniu nie wpływają na otoczenie śpiącego, i vice versa. Chociaż czasami coś może zakłócić sen, np. ostre dźwięki, które bywają przekładane na oniryczne obrazy. Analogicznie, zakłócenia w aparaturze generującej VR mogą zaburzyć doznawane wrażenia. Podobnie, gdyby kiedyś jakieś wirtualne życie rozwinęło się w sieci internetowej, awaria sieci mogłaby stanowić apokalipsę dla jej mieszkańców.

 

Z. P.: Jakie mogą być konsekwencje współistnienia dwóch poziomów realności?

 

A. Z.: To jest ciekawy problem. Należy oddzielnie antycypować wydarzenia z bliskiej przyszłości, które już omówiłem, oraz te z odległych czasów. Kiedyś, być może, możliwe stanie się odwzorowanie ludzkiego umysłu w pamięci maszyny, czyli coś, co moglibyśmy dziś porównać z wgraniem inteligentnego programu na twardy dysk. Taki program żyłby sobie w wirtualnej rzeczywistości owego dysku, który stwarzałby mu pełną symulację świata, ale mógłby także "wyglądać" na zewnątrz, używając odpowiedniego interfejsu, i badać otoczenie. Dobry (albo zbyt dobry) program nie pozwoli na rozróżnienie między obydwoma światami. Kto wie, może obecnie cały kosmos jest zimny, nieprzyjazny i pusty, a Ziemia ze swoją ciepłą otuliną atmosfery, niebieskimi oceanami i życiem organicznym jest jedynie wirtualnym istnieniem, zamkniętym w jakimś obwodzie na pustynnej i nagiej trzeciej planecie? Przy takim założeniu nasze ziemskie życie jest w pełni wirtualne, a patrząc w nocne pogodne niebo wyglądamy przez jakiś interfejs na zewnątrz, a nawet robimy kosmiczne wycieczki - w świat rzeczywisty, do zimnego, nieprzyjaznego realu. Warto podkreślić, że w takim układzie nadal aktualne pozostanie pytanie, kto stworzył ów obwód generujący wirtualny świat, kto zaprogramował ziemską biosferę, i na czyje podobieństwo zaplanował człowieka. Może na swoje?

 

Z. P.: W opowiadaniu "Na końcu będzie słowo" przedstawia Pan obraz przestrzeni numerycznej jako przestrzeni życiowej, która zastępuje przestrzeń geograficzną, na łonie której życie radzi sobie równie dobrze jak w tej, w której przyszło nam żyć naprawdę. Czy rzeczywistość niematerialna jest przyszłością ludzkości i przyjdzie nam żyć pod postacią impulsów elektrycznych ?

 

A. Z.: Wspomniałem o tym wyżej. Kto wie, czy tak się nie stanie, chociaż osobiście nie wierzę, że wszyscy i na stałe pogrążymy się w wirtualu. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się sytuacja, że ludzie przed śmiercią będą mogli "skopiować się" do komputerów i tam żyć w lepszym lub gorszym substytucie świata, który zapamiętali. Być może, że te wirtualne osobowości początkowo będą zdawały sobie sprawę ze swojego statusu, lecz potem uwierzą w "swój" niepowtarzalny świat. Przez specjalny interfejs będą kontaktować się ze swoimi bliskimi, i będzie to łączność obustronna. Może kiedyś w ten sposób będziemy rozmawiać z cyfrowymi duchami swoich przodków? Doskonałość aparatury i programów będzie wyznaczała stopień wiarygodności i duchów, i kontaktów. I zasadnicza sprawa - na jakim poziomie złożoności - i czy w ogóle - byty wirtualne zyskają pełnię świadomości istnienia?

 

Z. P.: Czy zaistnienie rzeczywistości wirtualnej pozwala na zrealizowanie odwiecznych marzeń o utopii i krainie wiecznej szczęśliwości, gdzie nie krępują nas już prawa fizyczne, nasze ciało się nie starzeje, możemy kształtować siebie i przestrzeń, w której żyjemy wedle własnych potrzeb ?

 

A. Z.: Tak, przewiduję właśnie taki kierunek rozwoju technologii. Niestety, będzie to świat zamknięty, coś jak wąż połykający własny ogon. Chyba że twórczy program będzie generował zmiany, wprowadzając nowe jakości, a te zaczerpnie z zewnątrz, z realu. Inna rzecz: symulacja musi być naprawdę doskonała, bo taki świat potrzebuje miłości, tradycji, więzi rodzinnych i przyjacielskich, a także bólu i śmierci. Bez tego wszystkiego stanie się namiastką, obszarem bezkarnego spełniana podpowiedzi najgorszych instynktów, wylęgarnią psychopatów.

 

Z. P.: Czy nauka i technologia mogą rzeczywiście przybliżyć nas do prawdziwej wiedzy o świecie, tak jak dzieje się to w Pańskim opowiadaniu "Rozpakuj ten świat, Evitt", zamiast przysłaniać nam jego obraz przytłaczającą ilością informacji ?

 

A. Z.: Oczywiście! Jestem wyznawcą nauki i uważam, że stale przybliża nam obraz świata. Naukę często wini się za ludzkie wady, jak głupota czy agresja, albo zarzuca się jej, że nie spełniła marzenia o wiecznej szczęśliwości. To nieporozumienie, bo nauka przywdziewa znacznie skromniejsze szaty. Nauka jest jedynie sposobem obserwacji świata, weryfikowalnym i pozwalającym na wyciąganie wniosków, kierunkujących dalsze obserwacje. Tylko tyle! Zastosowanie, wartościowanie, poszukiwanie sensu i celu oraz indywidualne poczucie szczęścia to sprawy niesłychanie ważne, ale do nich nauka nie rości sobie pretensji.

 

Z. P.: Przez Pańskie opowiadania przebija się nieustannie bardzo głęboki humanizm. Pańscy bohaterowie nie są sympatyczni, ani piękni, czy szlachetni, lecz raczej zdeformowani i gruboskórni. Natomiast historie, które każe im Pan przeżywać, są wzruszające i bardzo ciepłe w swoim ostatecznym wydźwięku. Jak się Panu udaje wydobyć to co ładne z materii, która wydawałby się opierać takiemu zabiegowi ?

 

A. Z.: To tajemnica warsztatowa! Mówiąc poważnie: każdy z nas ma w sobie coś pięknego, wartościowego, wzruszającego, tylko trzeba tego poszukać. Nie lubię literatury malkontenckiej, skrajnie pesymistycznej - u mnie zawsze jest jakieś światło w tunelu. Tak piszę, bo tak widzę świat. A jak to robię? Naprawdę nie wiem, tak wychodzi. Tego rodzaju umiejętności są dziedziczne, jak słuch muzyczny czy kolor oczu. Klucz dostaje się w darze, choć odpowiednie drzwi trzeba już znaleźć samemu.

 

Z. P.: A życie? To, że jest wartością samą w sobie, jest prawdą dość powszechną, lecz czy jest również jakością samą w sobie, formą niezależną od postaci, pod którą się ukrywa?

 

A. Z.: W badaniu życia dotychczas nie udało się oddzielić treści od postaci, ale być może technologia cyfrowa kiedyś umożliwi taki rodzaj symulacji. Samo życie - jeśli zastanowić się na tym fenomenem w aspekcie kosmosu, gwiazd i planet, na których chaotycznie przebiegają procesy geologiczne - jest czymś niesłychanym, wyjątkowym, jakimś - chciałoby się rzec - wybrykiem natury. Nie wiemy, czy jest regułą czy wyjątkiem, czy siłą sprawczą były immanentne cechy materii, czy w jego zaistnieniu jest celowość, czy może stanowi istotne ogniwo w ewolucji wszechświata. Paradoksalnie, nie rozumiejąc tego zjawiska, być może przeniesiemy je kiedyś na inny poziom istnienia, na którym istota życia uniezależni się od materialnego nośnika. A może jest to jedyna spośród możliwych dróg, która nie skończy się ślepo? Niektóre z tych problemów badam w opowiadaniu "Na końcu będzie słowo".

 

Z. P.: Jakie inne wątki filozoficzno-metafizyczne są bliskie Pana zainteresowaniom i znajdą, lub już znalazły odbicie w Pańskiej twórczości ?

 

A. Z.: Nie chcę wchodzić na działkę krytycznoliteracką, więc powiem krótko. Interesują mnie wątki związane z egzystencjalizmem, determinizmem i solipsyzmem, pokazane w zwierciadle psychiki człowieka, który znalazł się w niecodziennych warunkach. Ze światem, fenomenem życia, a także z samym człowiekiem wiąże się wiele zjawisk, które interpretujemy jako okrutne, ale także wiele piękna i mnóstwo sposobów dążenia do szczęścia. Cóż za dziwny, odmienny stan istnienia materii - szczęście! Uważam ponadto, że gloryfikacja człowieka i jego dokonań jest w swojej istocie głęboko humanistyczna. Może, zmieniając świat na nasz kontrowersyjny sposób, dokonujemy czegoś naprawdę ważnego i celowego, z czego - przynajmniej na razie - nie zdajemy sobie sprawy?

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Paula Kamieńska

Wywiad przeprowadziła Paula Kamieńska.

Opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName,

kwiecień 2004.

 

NAUKA I FANTASTYKA

Paula Kamieńska (z redakcji czasopisma internetowego NoName): Pańska kariera w dziedzinie chemii leków, chemii organicznej i spektroskopii rozwinęła się - patrząc na życiorys - niezwykle sprawnie. Staże i praca za granicą, liczne badania, publikacje, współpraca z PAN i inne przedsięwzięcia.

Andrzej Zimniak: Dorobek jest nienajgorszy, ale mógłby być lepszy. Po prostu - zbyt wiele rzeczy mnie interesuje, aby poświęcić się jednej dziedzinie. Mózg ludzki nie może pracować równolegle, więc siłą rzeczy czas poświęcony na napisanie moich 9 książek, wielu opowiadań publikowanych tylko w czasopismach i ponad 100 artykułów i felietonów nie mógł być wykorzystany na badania naukowe. A także na podróże, nurkowanie, fotografię i inne zajęcia, w których gustuję. Ale niczego nie żałuję, może z wyjątkiem tego, że doba nie ma 50 godzin, a życie nie trwa 1000 lat. Tyle jeszcze by się chciało zrobić, ale kiedy?

P. K.: Niesamowite, że wśród tylu zajęć, obowiązków znajduje Pan jeszcze czas na pisanie literatury w konwencji fantastycznej... Koło 70 nowel i powieść, wydane w 9 tomach autorskich, członkostwo w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Proszę nam opowiedzieć, jak zaczęła się przygoda z fantastyką?

A. Z.: Wiele osób się dziwi, skąd biorę czas na to wszystko, ale cudów nie ma, pracuję zgodnie z prawami natury. Po prostu nie u mnie fajrantu, jestem pracoholikiem i działam w piątek, świątek, sobotę i niedzielę, i to nie z powodu masochizmu - ja zwyczajnie to lubię. Wyznaję zasadę, że jak jest chęć, to i czas się znajdzie. Moja przygoda z fantastyką zaczęła na poziomie kojarzenia genów, w stadium mejozy, i właśnie dzięki temu czuję dreszczyk, otwierając książkę sf. No bo dlaczego jedni lubią tę konwencję, a inni jej nie cierpią, mimo że podsuwa się im literackie perełki? Tak już jesteśmy zaprogramowani, i basta, determinizm genetyczny. Może inaczej: dostajemy w spadku silne predyspozycje. Muszę w tym miejscu pokłonić się Lemowi, bo jego dzieła z pewnością miały wpływ na moje widzenie fantastyki.

Debiutowałem późno, bo dopiero w 33 roku życia. To, co napisałem wcześniej - na szczęście nie było tego wiele - nadawało się prosto do kosza. Dobrze się stało, bo człowiek musi sam trochę przeżyć, żeby wiedzieć, o czym opowiada innym. Cytowanie czy trawestacja cudzych spostrzeżeń to zajęcie wątpliwe.

P. K.: Powiedział Pan: "..świat jest zbyt interesujący i różnorodny, żeby patrzeć tylko w jednym kierunku... uprawianie literatury i nauki to po prostu odmienne formy twórczości - można powiedzieć, że w obu przypadkach tworzy się nową jakość, coś, co do tej pory nie istniało albo co jeszcze nie było znane."

Czy myśli Pan, że się sprawdził w obu tych dziedzinach?

A. Z.: Czy ma Pani jakieś wątpliwości?

P. K.: Wciąż powstaje coś nowego, i w nauce, i w literaturze. Nie zawsze wybór jest łatwy. Może to dziwne pytanie, ale mam ogromną ochotę je zadać - nie zapytam o ewentualny wybór którejś z tych odmian zainteresowań, ale o rezygnację.

A. Z.: Taki już jestem, że z niczego nie chcę rezygnować. Jeśli coś lubię, a czasu mało, zmniejszam aktywność na danym polu, ale nie daję za wygraną. Czasem muszę przerwać rozpoczęty tekst, ale zawsze do niego wracam. Mam też sporo nowych pomysłów - tego mi nigdy nie brakowało - m. in. na powieści. Zawsze żywię nadzieję, że zrealizuję swoje plany, w innym przypadku należałoby się albo zapić, albo czym prędzej zabierać z tego padołu.

P. K.: Zapewne słusznie się domyślam, że skłonniejszy byłby Pan do zostawienia losowi swojej fantastyki. W tamtą dziedzinę zainwestował Pan za dużo siebie, pracy, a w tę? Daje jej Pan swoją wyobraźnię, również uczucia...

A. Z.: Nie daje Pani za wygraną, a pytanie wydaje mi się kokieteryjne, zadane z oczekiwaniem na zaprzeczenie. Dla mnie brzmi ono trochę tak, jakby ktoś był ciekaw, czy wolę prawe ucho, czy lewe. Obie dziedziny aktywności są mi potrzebne i każda z nich jest twórczością. Żyję z chemii, bo dostaję pensję nauczyciela akademickiego, natomiast honoraria za utwory obecnie właściwie nie liczą się w budżecie. Jednak czuję się pisarzem z powołania i uważam, że dodałem coś nowego do polskiej fantastyki.

P. K.: Czy te dwa kierunki tak bardzo się ze sobą wiążą? Przecież wyobraźnia, inteligencja, jakieś podstawy wiedzy o naukach ścisłych są również niezbędne, by pisać fantastykę. Proszę się nie dziwić - jestem laikiem, jeśli chodzi o chemię. Interesuje mnie to zjawisko, że ludzie o umysłach ścisłych, bardzo uzdolnieni odnajdują się często wspaniale w literaturze fantastycznej. I - no cóż - zwykle są to dużo lepsze, bardziej interesujące teksty niż w przypadku "chemicznych, fizycznych, matematycznych laików".

A. Z.: Zawsze twierdziłem, że wykształcenie ścisłe bardzo pomaga w tworzeniu fantastyki naukowej. Nie historycznej, politycznej, baśniowej, bebechowatej, tylko właśnie naukowej. Trzeba skonstruować alternatywny świat, a w nim jakąś fizykę, chemię, biologię, kosmologię, inne niebo. Twórca powinien odróżniać całkę od dżdżownicy, bo inaczej czuć artefaktem na lata świetlne.

P. K.: Najciekawszy jednak w tym wszystkim jest ten niesłychany warsztat słowny, literacki, potrafi Pan trzymać w napięciu, chce się "Pana czytać" więcej i więcej. Mnóstwo uczuć, ciekawych spraw...

A. Z.: Ach, jak mi miło! Kocham swoich fanów i zachęcam ich do nieustannej prokreacji!

P. K.: Niszczy pan stereotyp naukowca, który milczy zawzięcie, nie umiejąc się wypowiedzieć.

A. Z.: Ejże, nie demonizujmy uczonych ani nie dorabiajmy im "gęby". Naukowiec to człowiek jak każdy inny z ulicy, tyle że uzdolniony w jakiejś dziedzinie i/albo wytrwały w dążeniu do celu. Może przy tym być milczkiem albo oratorem, zupełnie niezależnie od swojej profesji. Bywają również dranie i świry, znam takich.

P. K.: Czy przez naukę można lepiej zrozumieć fantastykę, poradzić sobie z nią? I odwrotnie - czy ten rodzaj literacki przynosi Panu jakieś swoiste wybawienie od ciągłych liczb, molekuł, pierwiastków? Czy pomaga i rozwija wyobraźnię, której w nauce nie powinno zabraknąć?

A. Z.: Oczywiście, wiedza o świecie, w tym o nauce, pomaga nie tylko w tworzeniu, ale i w odbiorze fantastyki. A dla mnie uprawianie chemii i fantastyki to typowy płodozmian: na jednej działce odpoczywam od drugiej. Ale odpoczynek nie jest celem, celem jest nowa aktywność. To prawda, że w swojej twórczości raczej uciekam od nauki i jej problemów, bo mam ich dosyć na sąsiednim poletku. W literaturze interesują mnie sprawy ogólniejsze, synteza, której w nauce trudno dokonać, zwłaszcza przy obecnej specjalizacji. A co do wyobraźni, to nie narzekam na jej brak. Oczywiście, że rozwijanie wyobraźni bierze się m. in. z lektur literackich, a wyobraźnia przydaje się w działalności naukowej. Ale w moim przypadku wyobraźnię otrzymałem już wcześniej, w genetycznym przydziale, natomiast w pracy naukowej bardzo przydaje mi się łatwość pisania. Bo przecież nie wystarczy przeprowadzić badania, lecz potem należy opisać wyniki i opublikować artykuł w naukowym czasopiśmiennictwie. Po angielsku, rzecz jasna, bo mamy globalizację. I choć pracę naukową pisze się zupełnie inaczej niż literacką, łatwość pisania przydaje się w obu przypadkach.

P. K.: Szczególne wrażenie wywarły na mnie zbiory opowiadań "Łowcy meteorów" i "Klatka pełna aniołów". Chętnie poczytałabym jeszcze o przygodach Enkela, czy mogę liczyć na ciąg dalszy?

A. Z.: Chyba nie, bo ta formuła uległa już wyczerpaniu, a nie chciałbym powielać w nieskończoność tych samych stereotypów, tylko w innych dekoracjach. Kiedyś myślałem, żeby nieco "ucywilizować" Enkela i dać mu bardziej odpowiedzialne zadania, ale doszedłem do wniosku, że zniszczyłbym wtedy jego indywidualność i oryginalność, a głównie na tym opierała się wartość tych opowieści. A więc - będzie co innego. Mam w planach dłuższe teksty, nęci mnie epicka opowieść, a więc może zacznę pisać powieści. Tym niemniej opowiadanie zawsze pozostanie dla mnie formą idealną dla fantastyki: pomysł jak perła, fabuła jak sztych mistrza, puenta jak chwyt za gardło. Niestety, hodowla pereł nie jest łatwa.

 

 


Andrzej Zimniak odpowiada na pytania Iwony Oleksiuk i Pauli Kamieńskiej z NoName

Wywiad opublikowany w czasopiśmie internetowym NoName, lipiec 2003.

CZTERY PYTANIA

 

1. Feminizm czy szalona wiara w swoje kobiece możliwości?

A.Z.: Z pojęciem “feminizm” zawsze kojarzy mi się rysunek Mleczki, przedstawiający schylonego mężczyznę i nacierającą na niego z tyłu kobietę. Mężczyzna prosi: “Oj, Kasiu, czy ty aby nie przesadzasz z tą emancypacją?” Otóż to: istnieją niewątpliwe różnice między kobietą a mężczyzną, mamy inną fizjologię, inne mózgi, nieco inną hierarchię wartości, a więc i cele w życiu. Nic się na to nie poradzi, że kobiety np. z reguły są niezastąpione w pielęgnowaniu potomstwa. Naturalnie nie istnieje gorsza płeć, obie są wzajemnie niezbędne, wykazują jednak naturalne różnice w profilach psychicznych i społecznych zachowaniach. Co, rzecz jasna, nie wyklucza wyjątków.

Natomiast ruch feministyczny jest wytworem epoki, w której wpływy kultu poprawności politycznej ulegają wzmocnieniu przez powszechne dążenia separatystyczne i rewindykacyjne rozmaitych grup społecznych, etnicznych i narodowościowych. Jednakże nie przywiązywałbym do skrajnego feminizmu zbyt wielkiego znaczenia, bo ów ruch reprezentuje co prawda hałaśliwa, lecz za to nieliczna grupa. Jak każde ekstremistyczne, a więc jednostronne i uproszczone podejście, także to będzie miało krótki żywot, choć może pojawiać się także w przyszłości na zasadzie fali odbitej. I jeszcze jedno: feminizmu nie wolno mylić z równouprawnieniem płci, to zupełnie inne pojęcia!

Jako autor science-fiction mogę dodać, że kiedyś feministki rzeczywiście mogą całkowicie uniezależnić się od mężczyzn, ingerując we własne genotypy. Wyeliminują heteroseksualny pociąg płciowy i resztkową empatię do płci brzydkiej, a prokreację załatwią przez mieszanie genów w próbówkach i umieszczanie ich w swoich jajeczkach. Być może, że zastosują nawet sztuczne macice, żeby nie męczyć się z ciążą. Cóż, mężczyźni muszą żywić nadzieję, że pozostanie jeszcze trochę kobiet o bardziej tradycyjnym nastawieniu.

 

2. Ideały.

A.Z.: Są nam potrzebne jak woda, powietrze, słońce! Albo bardziej. Od zwierząt różni nas poczucie humoru i ideały właśnie. Małe dzieci bywają bezwiednie okrutne - bo z ideałami się nie rodzimy, ich trzeba się nauczyć, są spuścizną naszej kultury, wynikającym z niej doświadczeniem, jak żyć. Nie szkodzi, że potrzeba przestrzegania pewnych reguł bierze początek w biologii, a do kultury została niejako zaadaptowana - np. altruizm zwiększa szansę przeżycia dla całej grupy społecznej.

Trzeba jednak uważać, bo wszystko można zredukować do absurdu, jeśli spoza własnych ideałów nie widzimy innego człowieka z jego, być może odmiennymi ideałami. Wtedy - niestety - idea przekształca się w fanatyzm.

 

3. Przestępczość.

A.Z.: W każdej społeczności jest pewien odsetek osobników destrukcyjnych, których można podzielić na reformatorów i agresorów. Obydwie grupy są groźne dla zastanego porządku, z tym, że pierwsza chce go zmienić, często ulepszyć, zaś druga niszczy KAŻDY porządek. Istnieją też jednostki z nieujawnionymi predyspozycjami.

Nasza obecna kultura gloryfikuje przemoc. Większość gier komputerowych i strategicznych polega na zabijaniu (trafianiu, zestrzeliwaniu, walkach wręcz), w kinach i telewizji oglądamy głównie brutalne sceny i katastroficzne efekty specjalne, literatura nie pozostaje w tyle. Czy wszyscy odbiorcy tego oczekują? Nie jestem pewien, zważywszy ogromny wzrost oglądalności innych programów, np. przyrodniczych. Geneza tych zjawisk to osobny temat.

Niektórzy tłumaczą brutalizację kultury koniecznością bezpiecznego rozładowania “złych” emocji. Nic bardziej błędnego! Permanentne pokazywanie przemocy budzi atawistyczne popędy pośród grupy z uśpionymi predyspozycjami, a młodzi ludzie wychodzą na ulicę, aby wypróbowywać recepty na gwałt, pokazywane na ekranie (istnieją policyjne dane statystyczne).

Jakie jest wyjście? Wróćmy do ideałów!

 

4. Sporty ekstremalne.

A.Z.: To pewna moda, wyhodowana na gruncie dobrobytu społecznego i brutalizacji kultury. Zauważmy, że w Banladeszu czy Zimbabwe takich rzeczy jeszcze nie wynaleziono, tam ludzie muszą bardzo uważać na co dzień, a kule i maczety grożą im w rzeczywistości, nie w telewizji. W dobrobycie ludzie się nudzą, bo wszystko mają urządzone, oswojone, podane na talerzu. Na małym ekranie trwa ciągła strzelanina, więc może... paint ball? Agent 007 skacze po szczytach i ostrzeliwuje się z wiropłatu, więc może skok z mostu na linie? Albo nurkowanie w wodospadzie? Dochodzi smaczek hazardu i gęsia skórka na plecach - mamy również wrodzoną potrzebę igrania z losem. A potem jest o czym gadać przy kawie, lepsze to niż plotki o szefie.

----------------------------------------

 

Pytania układały: Iwona Oleksiuk i Paula Kamieńska z NoName

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Barbara Kruszy

 

Latem 2001 r. wywiad przeprowadziła Barbara Kruszy.

Opublikowany w materiałach Polconu 2001.

 

MANIPULACJE GENETYCZNE

 

Barbara Kruszy: Które ze zdobyczy inżynierii genetycznej mają największe szanse na zastosowanie praktyczne? Na jak dużą skalę?

 

Andrzej Zimniak: Tego rodzaju przewidywania mają to do siebie, że z reguły się nie sprawdzają. Ale fantaści lubią wycieczki poza zasięg brzytwy Ockhama, więc spróbuję "pogdybać". Rokuję dalszy błyskawiczny rozwój technik transgenicznych w rolnictwie i hodowli, gdzie zmodyfikowane odmiany w znacznym stopniu wyeliminują pestycydy, herbicydy, nawożenie azotowe, a także wiele terapii weterynaryjnych. Nowe odmiany dadzą wyższe plony, a także zostaną wprowadzone do innych nisz ekologicznych, np. klimatycznych. Do medycyny genetyka wkracza wolniej, bo ludzie się boją, i mają rację. Na tym polu najbliższe czasowo zastosowania to szczepionki, ekspertyzy kryminalistyczne, diagnostyka chorób, cech psychofizycznych i predyspozycji, stymulacja regeneracji organów. Potem przyjdzie klonowanie, a dopiero później próby "genetycznego wzbogacania" komórek rozrodczych, najpierw bardzo ostrożne, ale po pierwszych sukcesach taka terapia stanie się modna. Trochę przyhamuje ją przesunięcie pokoleniowe, bo ulepszone zostaną wszak nasze dzieci, a nie my sami.

 

B. K.: Kiedy to nastąpi - za kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt lat?

 

A. Z.: To już się dzieje. W Stanach chyba połowa produktów rolniczych ma jakieś obce geny. Co do prognoz czasowych, to nowe wynalazki, dokonywane właściwie codziennie, mogą sprawy gwałtownie przyspieszyć lub równie ostro przyhamować. A więc pytania o terminy należy kierować do wróżki.

 

B. K.: Jakie będą problemy techniczne?

A. Z.: Jak uczy historia, problemy techniczne (nie mylić z koncepcyjnymi!) zawsze udawało się rozwiązać. A jakie te problemy będą, to zależy od jutrzejszych odkryć.

 

B. K.: Jakie będą problemy etyczne?

 

A. Z.: Bardzo poważne. Ludzkość stoi przed ogromnymi zmianami cywilizacyjnymi, a nowa rzeczywistość będzie wymagała nowych kodeksów etycznych, moralnych i prawnych. Wraca czkawką stary problem: psychika nie nadąża za techniką, a to rodzi stresy i konflikty. Nie ma jednak innego wyjścia, niż przepłynąć przez już widoczne, zbliżające się katarakty.

 

B. K.: Co sądzisz o próbach wprowadzania genów do gamet ludzkich?

 

A. Z.: Sądzę, że to poważna sprawa, ale ktoś pierwszy w końcu to zrobi. Dziesiąta próba przyniesie sukces, ale czy zastosowania będą masowe, czy elitarne, naprawdę trudno prorokować. Jak wspomniałem, "uszlachetnienia" będą dotyczyły następnego pokolenia, więc nie widzę możliwości autodoskonalenia na bieżąco, przynajmniej nie tą techniką. Mnie wciąż fascynuje tworzenie człowieka o zaprogramowanych cechach, czyli konstruowanego w wyniku kontrolowanego tasowania genów przy zapłodnieniu. Taki "Homo determinatus" mógłby mieć np. 12 genetycznych ojców i 18 matek, w tym tylko jedną biologiczną. Od każdego z tych rodziców weźmie się odpowiedni gen i wstawi na poczesne miejsce - podobną koncepcję i jej implikacje rozważam w opowiadaniu pod powyższym tytułem, które należy już zaliczyć do klasyki. Swoją drogą ciekawe, jaką cenę rynkową osiągnie gen długowieczności? Ceny mogą okazać się poważniejszą przeszkodą od rozterek moralnych.

 

B. K.: Kiedy będą tworzone (celowo nie pytam czy) modyfikowane genetycznie zarodki ludzkie?

 

A. Z.: O datach już mówiłem - pytania nie pod tym adresem! Osobiście podejrzewam, że jesteśmy na etapie tajnego opracowywania odpowiednich technik.

 

B. K.: W jaki sposób należy chronić zdobycze inżynierii genetycznej przed niewłaściwym/ nierozważnym ich stosowaniem?

 

A. Z.: "Zdobyczy" się nie uchroni, zawsze ktoś gdzieś je zastosuje, bo naukowcom nie można zakazać publikowania wyników, a techniki eksperymentalne są stosunkowo proste i nie wymagają bardzo drogiego sprzętu. Natomiast zakazy dotyczące prowadzenia badań będą skuteczne tylko wtedy, jak praktyczne zastosowania odkryć okażą się bardzo trudne lub niemożliwe, albo nieopłacalne. Wtedy jednak zakazywanie będzie bezsensowne, bo naukowcy i tak wezmą się za lepiej rokujące tematy. Ogólnie problem polega na tym, że badania genetyczne można prowadzić w dobrze wyposażonej piwnicy, więc kontrola nad nimi jest żadna. Rząd może wstrzymać budowę cyklotronu za miliony dolarów, ale przecież nie zajrzy do każdego mieszkania.

 

B. K.: Czy rozwój inżynierii genetycznej niesie ze sobą więcej nadziei czy zagrożeń?

 

A. Z.: Powiem tak: ten rozwój jest podobnie nieuchronny jak ruch Ziemi wokół Słońca, natomiast optymiści pozostaną przy nadziei. Pesymiści sami są sobie winni.

 

B. K.: Czy i ewentualnie jaki wpływ na przemiany ewolucyjne będzie mieć rozwój inżynierii genetycznej?

 

A. Z.: To poważna sprawa na tysiąclecia, a nawet milionolecia. Odsyłam do lektury wywiadu ze specjalistą, dr. Ryszkiewiczem, który został zamieszczony w książce "Inżynieria genetyczna - u progu nowej ery", CUN PAN, Warszawa 2000, red. A. Zimniak. W tym miejscu dodam, że człowiek już od dawna jest "gatunkiem udomowionym", czyli tylko w niewielkim stopniu zależnym od zamian środowiska i biocenozy (może wyjąwszy wpływ drobnoustrojów). Planowanie cech biologicznych może zmienić parametry naszej podróży przez świat, np. zamiast dryfować zaczniemy wiosłować. Nie wiemy jednak, czy nie stanowimy gatunku wyposażonego w cechy najodpowiedniejsze do dryfowania, a także nie znamy kierunku, w którym warto by było wiosłować.

 

B. K.: Czy stosowanie technik inżynierii genetycznej wpłynie na pule genowe organizmów?

 

A. Z: W obrębie roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych - na pewno tak, ale ten proces przebiega już przynajmniej od 2 tysięcy lat bez udziału laboratoryjnej transgenizacji. U człowieka problem wystąpi w odległej przyszłości, a to ze względu na społeczne opory, czyli wrodzoną ostrożność - wszak nie każdy będzie chciał sztucznie doskonalić swoich potomków - głównie jednak ze względu na koszty. Wciąż najtańszy - i najprzyjemniejszy! - pozostanie naturalny sposób prokreacji. Jednak nie należy tracić tego problemu z oczu, bo unifikacja genetyczna gatunku może stać się dla niego śmiertelną pułapką. Wirulentny zarazek może wtedy zabić wszystkich, albo cała populacja ulegnie eliminacji ze względu na inny niekorzystny czynnik, zewnętrzny lub wewnętrzny.

 

B. K.: Jakie mogą być skutki modyfikacji genetycznej gamet ssaków?

 

A. Z.: Dziedziczna, a więc trwała zmiana fenotypu. Człowiek przyszłości może mieć słuszne pretensje do swoich "transgenicznych ojców" o psychofizyczne mankamenty, nabyte w rezultacie ich działań, a to trochę co innego niż uogólnione pretensje do Boga. Pretensje innych ssaków nie będą rozpatrywane, chyba że jakieś transgeniczne króliki znów naruszą równowagę ekologiczną.

 

B. K.: Jakie możliwości daje odczytanie i poznanie genomu człowieka?

 

A. Z.: Na obecnym etapie podobne jak lektura Ulissesa Joyce’a w wykonaniu dziesięciolatka, który wszak umie czytać. Musimy najpierw zrozumieć działanie kombinacji wielu genów i ich kaskad, rolę białek regulacyjnych, a także fenomen różnicowania się komórek zarodka na organy, żeby coś robić dalej. Coraz więcej wiemy o odcinkach niekodujących chromosomów, ale to dopiero początek rewelacji w tej dziedzinie. Najprostszym sposobem dalszych badań zależności genotyp - fenotyp zapewne okaże się metoda Monte Carlo, a przy skali prac jakieś trafienia będą. A to jest właśnie pierwszy etap tworzenia "Homo futurus". Tylko nie pytaj, jaki będzie ten człowiek przyszłości.

 

B. K.: Ile czasu zabierze naukowcom wyjaśnienie mechanizmów ekspresji genów człowieka?

 

A. Z.: Sporo już na ten temat wiadomo, choć wiele pozostało do zrobienia. Jeśli chodzi o daty, to już wspomniałem, że nie jestem w stanie ich podać z prostego powodu - nie mam pod ręką kryształowej kuli. A bez tej pomocy naukowej ani rusz nie posuniemy się w szczegółowych antycypacjach.

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia Mirosław P. Jabłoński

 

Wiosną 2000 r. wywiad przeprowadził Mirosław P. Jabłoński.

Opublikowany w: Fenix 6/00, 4-8.

 

DINOZAUR NA SZLAKU

Debiutowałeś 20 lat temu opowiadaniem "Pojedynek". Jak czujesz się jako jubilat?

AZ: Nic mi nie dolega, ani smętek, ani euforia. Wypiłem szampana, zrobiłem spis utworów i prywatne podsumowanie. Wypadło też normalnie, tzn. mogło być lepiej, ale i znacznie gorzej. Ja mam swoje małe 20, ludzkość większe 2000, i nic szczególnego się nie dzieje, to tylko numerologia.

Nie lubisz jubileuszy?

AZ: Ależ lubię! Ceremonia to akcent, kulturowy happening, fasada pałacu. Czy może istnieć pałac bez fasady? Właśnie dlatego przy każdej literackiej okazji kupuję szampana, bo on wieńczy sukces. Chodzi mi jednak o to, że same 20 lat nie jest sukcesem, że coś naprawdę ważnego może mi się przydarzyć np. w roku 21-wszym.

Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z fantastyką?

AZ: Och, trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Może już w łonie matki, kiedy przy tasowaniu chromosomów dostał mi się gen SF1984, warunkujący tego rodzaju przeżycia estetyczne. A może później, gdy zacząłem czytać Lema, albo wtedy, gdy napisałem pierwsze opowiadanie. W każdym razie było to bardzo dawno, a przez resztę życia stygmat fantastyczności widziałem nie tylko na nocnym niebie, ale też w pagórkach morskich fal i, last but not least, na zgięciu kolanowym kobiecej nóżki.

Jak oceniasz swój dorobek literacki w kategoriach sukcesu i porażki?

AZ: Wcale go nie oceniam, nie chcę odbierać chleba krytykom.

Więc zapytam inaczej: czy uważasz, że ludzie doceniają Twoje pisarstwo?

AZ: Są tacy, którym moja twórczość pasuje, znam ich osobiście ze spotkań autorskich i konwentów. Kiedyś napisane przeze mnie książki rozchodziły się w nakładach 30-40 tysięcznych, więc odbiorca istniał, lecz po rynkowej osobliwości roku 89 nie sprzedaje się nawet 3-5 tysięcy. Ponieważ podobny problem jest udziałem większości kolegów-autorów, przyczyna nie leży w trudnościach w odbiorze akurat mojej prozy. Wszystko wskazuje na to, że w XXI wieku czytaczom i ich autorom przyjdzie żyć w bardzo wąskiej niszy kulturowej. Z drugiej strony cieszę się, że dostrzeżono mnie na uniwersytetach: jedna praca dyplomowa o moim bohaterze literackim już powstała, druga "się pisze".

Wydałeś prawie 70 opowiadań, kilka z nich to właściwie mikropowieści (np. "Homo determinatus"). Jedyną Twoją "pełnometrażową" powieścią do dziś pozostaje "Marcjanna i aniołowie", którą lubię, ale zdania są podzielone. Powiedz, jaki masz do niej stosunek? I czy ta powieść będzie jedyną w Twoim dorobku?

AZ: Cieszę się, że doceniłeś tę książkę, bo ogólnie jej odbiór był nienajlepszy. Przypuszczam, że trochę za daleko wypadła z kanonu, za dużo w niej poezji, a poza środowisko nie wyszła, bo z kolei za dużo w niej fantastyki, no i emblemat "SF" odstraszał głównonurtowców. Stanowi ta powieść konsekwentne rozwinięcie pewnego stylu, w jakim przedtem napisałem nowelę "Po tamtej stronie", a na tę ostatnią fandomowy odzew był spokojniejszy. Nie wiem, nie chcę bawić się w krytyka własnej prozy, może jakiś paleoliteraturoznawca jeszcze ją odgrzebie i definitywnie pogrzebie albo zrehabilituje. Co do pisania następnych powieści, to nie mówię ani tak, ani nie - zobaczymy.

Jak oceniasz współczesną fantastykę, polską i zagraniczną?

AZ: Jako bardzo nośną konwencję o szerokiej przestrzeni artystycznej, jej odpowiednikiem w muzyce byłaby chyba country: każdy może ją zagrać, ale też każdy fan ją rozumie, więc fałsz czy bełkot są natychmiast rozpoznawalne. Lubię klasyczną sf (co nie jest tożsame z technologiczną!), więc trochę martwi mnie podnoszone już przez Rafała Ziemkiewicza rozmycie tej konwencji - obecnie większość społeczeństwa kojarzy fantastykę z krasnalami lub filmowym thrillerem. W Polsce autorów mamy dobrych, fandom wspaniały, choć srodze skłócony, ale czytelników - na lekarstwo. M. in. dlatego wielu pisarzy zrezygnowało, jak Baraniecki czy Drukarczyk, a inni piszą mało, bo gdzie indziej zarabiają na życie.

Jaki jest Twój stosunek do współczesnej kultury, w tym do kina?

AZ: Ambiwalentny. Dziś niewiele jest filmów, wymagających kreatywnej współpracy widza, martwi zalew szmiry i epatowanie przemocą. Przekaz wizualny w całej kulturze staje się dominujący, a rola słowa maleje. Prognozuję, że już niedługo większość społeczeństwa nie będzie umiała czytać, bo i po co?

Jakie są Twoje wzorce literackie, zarówno z dziedziny fantastyki, jak i spoza tego nurtu?

AZ: Nie mam jakichś szczególnych idoli, lubię chadzać własnymi drogami i obmyślać indywidualne eksperymenty. Cenię głębię słowa u Reymonta, Nabokova, Borgesa, nabożną odrazą napełnia mnie Kafka i Faulkner, lubię bogate światy Remarcka, Marqueza, Le Guin, podziwiam konstrukcje dzieł Dostojewskiego i Bułhakowa, a lekcje filozofii nauki pobierałem u Lema. Jeśli chodzi o kolegów po piórze, to najbardziej trafia do mnie odlotowa proza Żerdzińskiego, w końcu nie na darmo ocenia on świat jak urodzony psychiatra.

Wszystkich zaskoczyłeś "Klatką pełną aniołów", za którą dostałeś nominację do nagrody Zajdla w 1995 roku. Mówisz, że lubisz eksperymenty. Gdzie na tym polu lokuje się Enkel, i na ile się z nim utożsamiasz?

AZ: Lubię eksperymentować z duszą słowa, nie z jego powłoką, stąd awangarda mnie nie interesuje. Enkeliada to nie tylko kolokwialne uproszczenie języka, neologizmy i słowna żonglerka, to także inny sposób myślenia i postrzegania, luzacki, sowizdrzalski, i właśnie na tym polega ów eksperyment - chodzi o podejście do poważnych problemów nie od frontowych wierzei, ale od kuchni, od poziomu pojmowania intuicyjnego. Pytali mnie zdziwieni czytelnicy, czy aby na pewno ja jestem autorem opowiadań o Enkelu? A ja im na to: czy całe życie muszę grać tylko na jednej strunie?

Z Enkelem utożsamiam się na tyle, na ile np. każdy normalny teleman z Jamesem Bondem. Czyli że nigdy bym się z nim nie zamienił miejscami, ale przyjemnie jest pomarzyć, że na mój uśmiech lewą połową twarzy zgraja bandziorów wieje, gdzie wanilia kwitnie.

Jesteś nie tylko pisarzem, ale także naukowcem, publicystą, ojcem rodziny. Jak to wszystko godzisz?

AZ: Nie mam wyjścia, muszę. Od czasów studenckich zwykłem twierdzić, że podobnie jak gaz, który wypełnia dowolnie wielkie naczynie, tak każda praca zajmuje dokładnie tyle czasu, ile przeznaczy się na jej wykonanie. Poza tym jestem pracoholikiem (ale tylko przy pracach, które lubię). Ogólnie cenię różnorodność, ot co.

Przybliż nam swoją pracę naukową. Czy uważasz się za prawdziwego naukowca?

AZ: Zajmuję się badaniem struktury związków organicznych, jak antybiotyki czy kompleksy z metalami, ustalam zależności między ułożeniem atomów a np. aktywnością biologiczną. Liczba moich publikacji naukowych stale ściga się z liczbą utworów literackich, teraz akurat wygrywa literatura, choć większą dynamikę wykazuje nauka. Dotychczas więcej nowego pozostawiłem po sobie jako pisarz niż jako chemik, ale to się może zmienić. Jestem naukowcem, prowadzę badania i otrzymuję nagrody za uzyskane wyniki. Mam motywację do eksplorowania nietkniętych obszarów wiedzy, i w tym kontekście uprawianie nauki empirycznej z pewnością jest rodzajem twórczości.

Jaka jest Twoja wizja przyszłego tysiąclecia jako naukowca? Co nas czeka?

AZ: Ograniczmy się do XXI wieku, a nawet pierwszej jego połowy, tak będzie bezpieczniej. Grozi unifikacja, globalizacja, McDonaldyzacja, penetracja (obcych wartości i barbarzyńców), urbanizacja i dziura ozonowa. Mnie to się nawet podoba, bo wierzę w człowieka, że da sobie radę w każdych warunkach. Wyzwaniem będzie inżynieria genetyczna, bo z pewnością zaczniemy się "ulepszać", a co z tego wyjdzie, nie wiadomo. Kolejnym problemem stanie się sztuczna inteligencja, która nie zastąpi człowieka ani się pod niego nie podszyje, ale będzie czymś (kimś?) zupełnie innym niż homo sapiens, a w wielu dziedzinach okaże się bezkonkurencyjna. Rozwój i następujące w jego wyniku zmiany cywilizacyjne mogą okazać się zbyt szybkie wobec tempa przystosowywania się ludzkiego mózgu, a jedynym sposobem wyjścia z impasu będzie wtedy zastopowanie tego rozwoju i wznowienie cyklu gdzieś niżej. Takie wydarzenia - jeśli zajdą - można będzie nazwać katastrofą, ale jeszcze nie apokalipsą.

Ostatnio intensywnie udzielasz się na konwentach sf, więc chyba to lubisz. Czy jeździsz też na konferencje naukowe? Jakie są różnice i podobieństwa między tymi imprezami?

AZ: Owszem, zagustowałem w fandomlandzie i teraz wydeptuję w nim ścieżki. Spotykam tam zupełnie inną młodzież niż tramwajowe chamstwo, którego wszędzie pełno; można odzyskać wiarę w człowieka. To myślące i kulturalne środowisko, składające się z młodych adeptów i starych koteryjnych wyjadaczy jest mi chyba najbliższe, aczkolwiek naukowcy też dają się lubić. Konferencje są z definicji poważniejsze od konwentów, każdy referat, co oczywiste, musi mieścić się w kryteriach obowiązującej nauki. Oprawa jest dostojniejsza, wszystko wygląda elegancko, ale też uczestnictwo kosztuje sporo drożej. Oprócz wykładów urządza się sesje posterowe, w trakcie których uczestnicy wywieszają plansze z wynikami i dyżurują przy nich w określonych godzinach, a reszta ogląda, czyta i dyskutuje. Po sesjach i wykładach jest dużo koktajlów, tzw. recepcji i wycieczek, zawsze urządzany jest również conference dinner, podczas którego następuje rytualne obżarstwo i opilstwo. Ciekawe, że na okrągło serwuje się kawę, herbatę i wino, natomiast piwo - nigdy. Uczestniczyłem już w ok. 40 takich konferencjach, w większości międzynarodowych, i dzięki nim zwiedziłem szmat świata. Zwykle po zakończeniu spotkania prywatnie i na własną rękę penetrowałem okolice, bliskie i nieco dalsze.

Dokąd podróżowałeś i jakie są Twoje ulubione miejsca? Czy podróże mają wpływ na Twoją twórczość?

AZ: Zwiedziłem praktycznie całą Europę, USA, byłem w Izraelu. Najlepsze wspomnienia mam z Grand Canyonu w Arizonie, z eksploracji wulkanów na Sycylii i Wyspach Liparyjskich, z Islandii, Nord Capu i norweskich fiordów, i z Wysp Kanaryjskich. Chciałbym jeszcze zobaczyć Hawaje i ich wulkany, pojeździć po greckich wyspach i ponurkować na Seszelach czy Malediwach. Tropikalne morza zawsze mnie pociągały.

Podróże i spotkania z ciekawymi ludźmi to dwa ważne sposoby "ładowania akumulatorów" twórczych. Wrażenia z wypraw przydają się do konstruowania światów równoległych, ale nie tylko - mogą wyzwolić łańcuch skojarzeń, i wtedy rodzi się nowy pomysł. Floryda dała tło do opowiadania "Pod ochroną", a Kalifornia do "Czterdziestu małych kochanków".

Nurkujesz, podobnie jak ja. Jakie akweny eksplorowałeś i gdzie było najciekawiej?

AZ: Najwięcej wrażeń miałem z wypraw na rafę koralową na Florydzie. Pod wodą rozciąga się bajkowy świat równoległy, aż dziwne, że wszyscy fantaści nie są zarazem nurkami. Również interesujące było nurkowanie w Adriatyku, skąd przywiozłem kolekcję egzotycznych muszli. Czarna lawa wulkanu Stromboli wygląda pod wodą niesamowicie, zwłaszcza że opada równie stromo jak zbocza wystającej z morza góry. Miałem wrażenie, że latam w powietrzu, gdy unosiłem się w krystalicznie przejrzystej wodzie nad granatową głębią, w której promienie słońca zbiegały się w jednym punkcie.

Masz jeszcze jakieś egzotyczne hobby?

AZ: Nurkowanie jest może egzotyczne u nas, bo nie ma atrakcyjnych akwenów, ale np. w Kalifornii czy w Grecji stanowi jeden ze sposobów spędzania wolnego czasu, a nieraz trywialnym celem podwodnej wycieczki jest zaopatrzenie spiżarni, więc ile pozostaje w tym egzotyki? Jeśli chodzi o inne hobby, to wyśmienicie czuję się jako pływak (pływanie jest zupełnie czym innym niż nurkowanie) - w ciepłym morzu potrafię pływać godzinami, mentalnie odrywając się od rzeczywistości i oddając kontemplacji (medytacji?). Wspomniałem już o eksploracji wulkanów i wszelkich zjawisk, związanych z ich aktywnością, jak fumarole czy gorące źródła; poza tym lubię górskie wyprawy, ale takie spokojniejsze, bez wspinaczek z linami i hakami. Innym hobby jest fotografia; robię portrety, komponuję pejzaże, a zwłaszcza lubię pracować nad zdjęciami makro, wchodząc w kolejny świat równoległy, czyli świat średnich powiększeń. Czy wiecie, że zwykły mech, sfotografowany z odległości kilku centymetrów, wygląda bardziej egzotycznie niż najdziksza brazylijska dżungla?

Zmieniając temat, zadam Ci teraz niedyskretne pytanie, a mianowicie o kobiety w Twoim życiu. Czy i jak pomogły Ci one w twórczości?

AZ: Były trzy, według starszeństwa to matka, żona i córka. Żadna specjalnie nie pomogła mi w twórczości, przynajmniej świadomie, może z wyjątkiem żony, z którą wspólnym wysiłkiem stworzyliśmy nowe życie. Córce przekazałem nie tylko geny, ale także swoje nauki i trochę życiowej filozofii, co również należy zaliczyć do procesu tworzenia. Doświadczenia z tymi trzema najbliższymi memu sercu paniami oczywiście wykorzystałem w pisarstwie, tak samo jak obserwacje dokonane na innych kobietach, których w moim życiu nie było, bo oglądałem je z bezpiecznej odległości.

Jaki jest Twój stosunek do kobiet w ogóle?

AZ: Twoje pytanie rozumiem tak: czy miłość bardziej ogłupia, czy bardziej uskrzydla? Im dłużej się nad tym problemem zastanawiam, w tym głębszą popadam rozterkę. Jeśli odpowiem, że miłość wywiera obydwa wymienione skutki, przeczuwam Twoje następne pytanie, mianowicie o status faceta fruwającego w stanie ogłupienia, więc raczej wolę zatrzymać się na etapie niezdecydowania.

Przejdźmy teraz do spraw ogólnych. Jakie masz plany na przyszłość?

AZ: Robić to samo, co dotychczas: pisać literaturę i udzielać się w nauce. Jak coś dobrze działa, nie ma sensu tego zmieniać. Chciałbym wydać tom moich tekstów humorystycznych, składający się głównie ze wznowień, mam zamiar przymierzyć się do powieści o odmienionym Enkelu, a przede wszystkim planuję pisanie opowiadań, bo w ta forma najlepiej mi odpowiada. Poza tym będę udzielał się jako publicysta, operujący głównie na interdyscyplinarnym obszarze między nauką a fantastyką.

Jak oceniasz swoje dotychczasowe życie? Innymi słowy, czy odniosłeś sukces, czy raczej Ci nie wyszło? Co byś zmienił, gdybyś mógł zacząć wszystko od początku?

AZ: Wychodzę z założenia, że świat nie jest doskonały, ale został nam dany i jest jedyny, więc niejako z definicji stanowi najlepszą z możliwości, i trzeba go nie tylko zaakceptować, ale też polubić. Podobnie oceniam swoje życie - uważam, że osiągnąłem taki sukces, na jaki zasłużyłem, i powinienem się z niego cieszyć. Głupio robią ci, postępujący jak ta baba z dowcipu, którą rzucało z zawiści, jak ksiądz został biskupem. Lubię robić to, co robię. Gdybym żył raz jeszcze, pewnie poszedłbym analogiczną drogą, stając przed podobnymi wyborami - brzmi to deterministycznie, ale pewien rodzaj determinizmu siedzi w naszych genach. Może bym coś skorygował, gdybym miał dzisiejsze doświadczenie, ale wtedy wiódłbym dziwne życie hybrydy dojrzałego umysłu i młodego ciała. Zostanę więc przy swoim.

Jaką radę bardziej doświadczony dinozaur może dać młodszym od siebie?

AZ: Radzić można, ale po co - młodzi i tak pójdą swoją drogą, i jest w tym jakiś sens, bo muszą zdobyć własne doświadczenia. Widzę tu analogię z poprzednim pytaniem - na co komu stare prawdy? Gdyby jednak znaleźli się chętni, dla nich posłużę się cytatami większych od siebie (mówię z pamięci): "Szczęście, margrabino, to płodność u królowych, bezpłodność u panien" (Monteskiusz). Bardziej optymistycznym nauczycielem był Kotarbiński, który proponował mniej więcej to: "Lub coś robić, kochaj kogoś, żyj poważnie, nie bądź świnią". Cóż, niewiele można do tego dodać.

 

 


Z Andrzejem Zimniakiem rozmawia

Tomasz Kołodziejczak

Jesienią 1996 r. wywiad przeprowadził Tomasz Kołodziejczak.

Opublikowany w: Nowa Fantastyka 5/97.

 

NIE ZAMIENIĘ PIÓRA NA KASTET

Tomasz Kołodziejczak: W ubiegłym roku dostałeś nominację do Nagrody im. Janusza Zajdla za "Klatkę pełną aniołów", opowiadanie drukowane w Nowej Fantastyce w grudniu 1994 roku. Ten tekst zapoczątkował serię. Gdzie można przeczytać jej kolejne opowiadania?

Andrzej Zimniak: Są to historie o zbóju Enkelu, które piszę w całkowicie odmiennej konwencji niż dawniejsze utwory. Opublikowałem już cztery części z tej serii, dwie w Nowej Fantastyce i po jednej w Playboyu i Feniksie, piątą mam w zasadzie gotową, szóstą "w robocie". Jeśli zobaczycie tytuł "Gołębiarka za zieloną fosą", "Uwolnienie rusałki" albo "Dziś zombie o czwartej", to będzie właśnie rzecz o Enkelu. Opowiadania cyklu są powiązane chronologicznie, choć każde stanowi samoistną całość. Może znajdzie się kiedyś odważny wydawca? Oczywiście nie mogę wytrwać zbyt długo w jednym świecie równoległym, więc popełniam czasem także jakąś inną fabułę.

[Znalazł się wydawca: Prószyński i S-ka, rok 1999, "Klatka pełna aniołów", seria Nowej Fantastyki pod redakcją Macieja Parowskiego. Pozostałe opowiadania w tym tomie: "Las na wulkanie", "Bilet powrotny do raju", "Gry miłosne", i "Chabry dla zbója". Przypis A. Zimniaka, 1999 rok]

T. K.: Kim jest Enkel?

A. Z.: To facet z głębokiego marginesu, który z lęku przed światem walczy z każdym, kto, jak sądzi, może mu zagrozić. Zna sekret, pozwalający na szybką transformację zwyciężonych w wewnętrznych niewolników. Robi to bardzo prosto: w końcowej fazie walki zakłada duszenie, przeczekuje fazę czerwoną i białą, a w sinej pyta przymilnie: czy chciałbyś zostać moim zgredem? Enkel nie cierpi fircyków z administracji, a kobiety traktuje, hmm, według zasług. Jest jednak zdolnym samoukiem, który żmudnie dochodzi do własnych wzorców moralności. Będą one bliskie uniwersalnych, bo jakżeż może być inaczej? Ale on przecież nic nie wie o tym, że należy do "brudnych aniołów". Poprzez "Enkeliadę" próbuję doszukać się w człowieku naturalnych pokładów dobra, które może ujawniać się spontanicznie, bez pomocy z zewnątrz, bez nauk czy objawienia.

T. K.: Czy twardziel Enkel to pan Hyde spokojnego Zimniaka - Jekylla?

A. Z.: Podejrzewam, że każdy autor kreuje bohatera, któremu szczerze zazdrości, ale którym naprawdę nigdy by nie chciał zostać. Zazdrości mu bowiem pewnych wyabstrahowanych cech, natomiast całości konsekwencji posiadania tych cech w konkretnym środowisku życia absolutnie nie chciałby ponosić. A jakże, imponują mi faceci, którzy z gromady bandziorów robią stado kurczaków samym tylko zaciśnięciem pięści, jednak z całą pewnością nie zamienię pióra na kastet.

T. K.: Teraz czas na pytania zasadnicze. Dlaczego uprawiasz twórczość sf?

A. Z.: W jednym pytaniu wyczuwam dwa: dlaczego sf, i dlaczego twórczość. Oba uwarunkowania są zakodowane genetycznie. Ludzie dzielą się na takich, którzy lubią poetykę fantastyki i takich, którzy jej nie znoszą. Ogniw pośrednich brak. Ja należę do pierwszej grupy. Ciekawe, że pośród wyznawców fantastyki jest tylko 7% kobiet; to jeszcze jeden dowód na odmienność mózgów obu płci.

Twórczość to bardziej złożony problem. Trzeba mieć predyspozycje: wrodzoną łatwość pisania, malowania czy komponowania, a poza tym niezbędna jest wizja, czyli po prostu trzeba mieć coś istotnego do przekazania. Do tych cech należy dodać silną motywację i wytrwałość, i już mamy twórcę. Nikt takich oszacowań chyba nie robił, ale ja uważam, że 99% talentów marnuje się z powodu braku chęci i odpowiedniego poziomu uporu.

T. K.: Co najbardziej interesuje Cię w literaturze? Jaką historię chciałbyś opowiedzieć swoim czytelnikom?

A. Z.: Interesuje mnie człowiek, jego psychika, pokrętne motywacje, zahamowania i kompleksy, ale także odwieczna walka dobra ze złem w jego duszy. Lubię scenerię dziwnych i tajemniczych światów, wystawiających bohatera na wszelakie próby. Interesuje mnie relacja dwóch super-ras człowieka: kobiety i mężczyzny. Niepokoi mnie problem determinizmu, wynikającego z cech osobniczych. Fascynuje mnie pytanie o stopień prawdziwości otaczającego nas świata. Brzydzę się szarzyzną, głupotą i chamstwem, ale tym większym przeżyciem staje się odkrycie w tym powszednim błocie perły intelektu, dobroci czy piękna. Wtedy należy natychmiast chwycić za pióro, czyli siąść do klawiatury, żeby dobrą wieść przekazać innym.

T. K.: Nie interesuje Cię technologiczna wizja świata przyszłości? Przecież masz wykształcenie ścisłe, jesteś chemikiem.

A. Z.: W twórczości wykorzystuję technikę tylko jako sztafaż, dekoracje. No, czasem coś zaprognozuję, albo spróbuję ostrzec przed konsekwencjami. Ale to nie główny timbre moich utworów.

T. K.: Dlaczego nie piszesz w konwencji fantasy?

A. Z.: Bo nie lubię. Piszę przecież również dla własnej przyjemności. Dla mnie wykreowany świat może być najdziwaczniejszy, ale musi być logicznie wytłumaczalny. Nie da się logicznie wytłumaczyć czarów, bo z założenia lokujemy je poza wszelkim rozumieniem. Również poza logiką jest wprowadzanie np. walk na miecze w epoce broni laserowych. To dokładnie tak, jakby modliński pułk lotniczy uzbroić dodatkowo w dzidy o kamiennych ostrzach.

T. K.: A co sądzisz o horrorze? Od "Enkeliady" już blisko do dreszczowca.

A. Z.: Nie grywam na ciemnych strunach ludzkiej duszy. W historiach o Enkelu też trzymam się od nich z daleka, nie ma tam naturalizmu, bebechowatości. Zauważ, że Enkel nigdy nie zabija, tylko "bierze nowego zgreda". Opisy walk są raczej umowne, potraktowane z lekkim przymrużeniem oka. Przy grze w szachy też nie leje się krew, chociaż królowa zabija skoczka.

T. K.: Jak chciałbyś oddziaływać na czytelników poprzez swoją literaturę? Czy masz ambicję kształtowania postaw?

A. Z.: Absolutnie nie. Tak moja, jak i każda inna literatura beletrystyczna, jeśli nie niesie konkretnej informacji, na przykład o walucie w Zanzibarze, wywołuje tylko chwilową przyjemność emocjonalną lub intelektualną. Jak gorący prysznic lub gra w brydża. Albo słuchanie Mozarta.

T. K.: Takie podejście wydaje mi się trochę... cyniczne.

A. Z.: Jest tylko prawdziwe. Skłonności dziedziczymy, postawy wpajane są nam w domu rodzicielskim, a lekcję życia bierzemy w szkole. Literatura daje nam tylko przyjemność. Czy znasz kogoś, kto stał się lepszy dzięki czytaniu książek? Lub takiego, który zmienił pod ich wpływem swoje życie? Znów oddzielmy warstwę informacyjną: energiczny chłopiec mógł naczytać się o człowieku, który uciekł do Ameryki i dorobił się domu w pomarańczowym gaju nad brzegiem jeziora. Ów młodzian za lat kilka uczynił śmiały krok i teraz jest profesorem biochemii w Chicago. Ale zgodzisz się, że to jest trochę co innego niż kształtowanie postaw. Nie masjanizujmy zanadto. Czy lektura "Pana Tadeusza" kogoś ulepszyła?

T. K.: Jaka jest Twoja opinia o polskiej fantastyce?

A. Z.: Jak najlepsza, jeśli chodzi o aktywnych twórców. Młode pokolenie też zapowiada się nie najgorzej; z tej grupy preferuję Żerdzińskiego, Sobotę i Wiśniewskiego. Jest u nas sporo ludzi, którzy chcą pisać niezależnie od koniunktury, bo po prostu mają coś do powiedzenia i chcą to powiedzieć innym. Wydawców mamy rozmaitych, a dystrybucję książek - fatalną. Za to fanów mamy świetnych, tylko szkoda, że ich dochody są tak niskie.

T. K.: Co konkretnie podoba Ci się w polskiej fantastyce?

A. Z.: Jej literackość, poszukiwania, niesztampowość. Zanik konsolidującej tematyki socjologicznej nie osłabił tej literatury, obecnie na pierwsze miejsce wysunęły się tematy manichejskie i eschatologiczne, a także cyberpunkowe. Przypuszczam, że z czasem polscy twórcy zajmą się problemami mniej ogólnymi, nie tak ostatecznymi. Co nie znaczy, że obniżą loty.

T. K.: W latach 1990-94 publikowałeś znacznie mniej niż poprzednio. Dlaczego?

A. Z.: W latach 1984-90 Wydałem 4 zbiory opowiadań i 1 powieść, potem rzeczywiście dopiero w końcu 1994 roku ukazał się "Samotny myśliwy". Każdy akt twórczy musi mieć swojego adresata, choćby potencjalnego, w przeciwnym razie można go uznać za szczególny rodzaj samogwałtu: i przyjemność połowiczna, i Boski zamysł nie spełniony. Do szuflady pisać nie potrafię, muszę choćby wyobrażać sobie odbiorcę. W wydawnictwach redaktorzy krzywili się zawsze dwa razy: na polskiego autora i na zbiór opowiadań. Uświadamiano mnie, że powieści "lepiej idą". Cóż, taki już jestem nietypowy, że lubię krótką formę. Zarówno czytać, jak i pisać.

T. K.: Zapewne nie marnowałeś wtedy czasu. Jesteś naukowcem...

A. Z.: Uczę chemii i przedmiotów pokrewnych trochę większe dzieci w trochę wyższej szkole, kilka lat temu była to Politechnika, teraz - Akademia Medyczna. Poza tym prowadzę badania, w których próbuję powiązać subtelną strukturę cząsteczek związków organicznych z takimi ich właściwościami, jak toksyczność, działanie bakteriobójcze czy, powiedzmy, odporność na rozkład w świetle słonecznym. Ma to związek z zatruwaniem środowiska, z lekami lub kosmetykami.

T. K.: Jakie było największe odkrycie w chemii w naszym wieku, a jakie przepowiadasz w następnym? Czy odmieni ono nasze życie?

A. Z.: Zdania mogą być podzielone, ale ja za największe osiągnięcie uważam odkrycie penicyliny, a potem innych antybiotyków. Odmieniło ono życie ludzi w sposób zasadniczy, na przykład zapalenie płuc przestało być śmiertelną chorobą, a epidemie o kontynentalnym zasięgu zostały zlikwidowane. Dawniej byle zadrapanie mogło stać się przyczyną śmierci, jeśli ranka uległa zakażeniu. Nie pamiętamy o tym, że tak było jeszcze pod koniec II Wojny Światowej.

Prognozowanie jest bardzo niebezpieczne, bo nie może uwzględniać wynalazków - zwrotnic, zmieniających bieg dziejów, jak w przeszłości wynalezienie samolotu, odkrycie elektryczności czy energii jądrowej. Czy podwójnej helisy genu. Jeśli jednak mam pobawić się w chemika - futurologa, to przypuszczam, że następny wiek będzie należał do procesów wzorowanych na przebiegających w żywych organizmach. Wiele reakcji chemicznych wymagających dzisiaj potężnej technologii da się za pomocą enzymów przeprowadzić łatwo, prosto i czysto. Produkty przemysłu biotechnologicznego częściowo zastąpią techniczne, np. tworzywa nie będą już tak zupełnie sztuczne, biokatalizatory będą same prząść bawełniane nici, przerabiając makulaturę, a z materiałów odpadowych powstaną wysokoenergetyczne paliwa. Jak to działa? W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że enzym na chwilę chwyta cząsteczkę w kleszcze wiązań, siłą zmienia jej przestrzenną strukturę, przez co odsłania i aktywuje określone miejsce. Do tego miejsca, i tylko do tego, dołącza się cząsteczka innego związku, i tylko tego konkretnego, bo inny nie pasuje, jak fałszywy klucz. Enzym puszcza gotowy produkt o ściśle określonej budowie i bierze się za następną molekułę.

Futurologizujmy dalej. Przypuszczam, że nastąpi przełom w produkcji żywności, spowodowany przemysłowym namnażaniem tkanek. Odpowiednie tkanki będzie się dało namnażać w inkubatorze, więc wyeliminujemy hodowlę zwierząt rzeźnych. Podobnie manipulacje z komórkami roślinnymi dadzą w efekcie klony ziemniaków i sałaty. Wystarczy przechowywać po kilka wzorcowych komórek wyjściowych, aby prowadzić produkcję w nieskończoność. Powstaną oczywiście problemy, skąd brać pożywki dla tych kultur i skąd czerpać energię, ale to już inna sprawa.

T. K.: Niezłe perspektywy. Wszystko sztuczne, od podkoszulka do kotletu schabowego?

A. Z.: Może nie sztuczne, raczej biotechnologiczne.

T. K.: Co myślisz o przyszłości eksperymentów genetycznych?

A. Z.: Postępy w biologii molekularnej są tak znaczne, że już niedługo zabierzemy się za swoje garnitury genowe. Uważam, że nastąpi to w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Nie sądzę jednak, aby z tego powodu rodzajowi ludzkiemu groziła zagłada. Po prostu znakomicie zwiększy się liczba mutacji, bo do naturalnych dojdą manipulowane. Tak czy owak przeżyją tylko ci przystosowani, a nie zmutowana część populacji będzie stanowiła rezerwuar genów wyjściowych. Nie wierzę w jakąś umykającą spod kontroli wirusową pandemię letalnych zmian genetycznych, która stanowiłaby epilog naszego gatunkowego bytu. Wierzę natomiast w ogromne możliwości przystosowawcze ziemskiego życia. Taka pandemia jest teoretycznie możliwa, lecz przeżyjemy ją jako gatunek, choć, gdyby nastąpiła, okupimy hekatombami ofiar.

T. K.: A co dobrego może dać nam ta genetyczna rewolucja?

A. Z.: Leczenie chorób dziedzicznych, być może skuteczniejszą walkę z rakiem. Produkcję leków, związków chemicznych i żywności przez drobnoustroje. Nie wiem, czy to dobre, ale z pewnością rozpocznie się dzieło architektury biologicznej, a więc "ulepszania" człowieka. Trzeba będzie go upiększyć, paniom wydłużyć nogi i zlikwidować cellulitis, a panom dodać siły i wigoru. Oczywiście także zapobiec demencji starczej, poprawić wzrok, przydać inteligencji. Najlepiej zaś będzie wyłączyć zegar biologiczny na wieku 25 lat, choć zadanie to, mam nadzieję, nie będzie łatwe.

Będziemy także ulepszać pszenicę, banany, trawę, psy i koty. Teraz trochę pofantazjujmy. W wyniku połączonych wysiłków biotechnologii i biologii molekularnej mogą powstać niewolnicze organizmy, zastępujące w działaniu dzisiejsze urządzenia techniczne. Klasycznym przykładem jest wielofunkcyjny android, pozbawiony wyższej, czyli ludzkiej świadomości istnienia. Będzie go stosunkowo łatwo wyprodukować przez wybiórczą degradację naszego wyposażenia genetycznego. Ale do pomyślenia są i inne twory, powiedzmy biologiczna lodówka, czyli stojący w kącie dwumetrowy pęcherz, w którego wnętrzu nic się nie psuje, choć nie będzie w nim zimno, elektryczne wymię, produkujące codziennie świeże mleko, albo biegający biosamochód, pędzony biopaliwem bakteryjnym. Wszystko tanie i samorosnące, jak pelargonia na oknie. Czasem tylko trzeba będzie podlać gwuu.

T. K.: ...?

A. Z.: Nie, naprawdę nie mogę powiedzieć. Jeszcze nie teraz.

T. K.: Aha. Mam wrażenie, że to wszystko już nie jest futurologią i sf nawet, to czysty horror...

A. Z.: Ależ nie! Zastrzegłem na wstępie, że ścisłe prognozy są z reguły mało sensowne, więc tylko starałem się stworzyć klimat do indywidualnych przemyśleń dla czytelników. Wszystko, co diametralnie różni się od naszych utopijnych wyobrażeń o przyszłości, odbieramy dziś jako horror. Dla naszych wnuków będzie to najzwyklejsza, nudnawa rzeczywistość.

T. K.: Czego życzyłbyś na koniec czytelnikom oprócz dwugłowego kota do czyszczenia dywanów?

A. Z.: Nie ma się czego obawiać, epoka żywych airbusów i inteligentnych wojskowych pcheł nie będzie naszym problemem, ani też problemem tych, którzy obecnie ssają matczyne mleko. A gdyby nawet, to przecież nie technika nam grozi, tylko my sami, bo wszak my decydujemy, jak wykorzystać narzędzie. W przeciwieństwie do kasandrystów uważam, że równowagę na naszej planecie zaburzyć jest niesłychanie trudno. Zgodnie z powszechnie obowiązującą regułą przekory każda akcja wywołuje przeciwnie skierowaną reakcję, osłabiającą oczekiwany efekt. Odpowiedzią na brak zbiorowych ideałów, na atomizację społeczną i zanik celów nadrzędnych, na wznoszącą się falę gwałtu, może być mała prywatna wojna każdego z nas. Jeśli każdy doszuka się własnej cząstki dobra, choćby takiej, jaką ma Enkel, to wystarczy, aby w skali globu entropia moralności przestała wzrastać. A że w walce światła i ciemności wynik był zawsze remisowy od czasów, których sięga ludzka pamięć, podejrzewam, że taki pozostanie na długo.

 

 

     

 

Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  *  Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/  * Jesteś na stronie: http://zimniak.art.pl/